Jeśli
Twój dobry przyjaciel obchodzi ważne święto, a Ty chcesz mu dać prezent, lecz
moneta w kielni się nie zgadza, zaproś go i ugotuj dla niego obiad, kolację,
śniadanie, lunch lub brunch. Jakąkolwiek porę byś wybrał, będzie dobra.
Dlaczego? Bo ludzie musza jeść, a jedzenie w towarzystwie sprawia, że posiłek
smakuje lepiej. Pod warunkiem, że nie jest to zestaw z McDonalds ani hot dog z
pobliskiej lub dalszej stacji. W filmie "Kobieta na Topie" Penelope
Cruz jako Isabella Oliveira gotując swoje potrawy, wyznawała prostą zasadę, by
danie było przepyszne. Należało dodać do niego pewien osobliwy składnik -
należy się nim z kimś podzielić cyt: - "Będzie smakować jeszcze lepiej,
jeśli podzielimy się nim z ukochaną osobą". Nie jestem mistrzem kuchni,
nie gotuje pewnie tak smacznie i z takim wdziękiem, jak Penelope. Daleko mi
także do Gordona Ramseya i Jamiego Oliviera, których bardzo cenię i czasem podpatruję. Dla moich bliskich i
przyjaciół kocham gotować, szczególnie w dniu ich święta. Dla mojej
przyjaciółki w dniu 30 urodzin ugotowałam Chili con carne, bo zawsze chciała
pojechać do Meksyku. Dałam jej, więc un poquito de Mexico. Kilka dni temu
zrobiłam dla pewnego mięsożercy w dniu jego urodzin polędwicę wellington, a
właściwie jej tańszą wersję. Pod ciastem francuskim i pierzynce z cebulki i
pieczarek ukryłam polędwicę, ale wieprzową. Jak smakowała? Co mogę powiedzieć
szanowny jubilat jadł, aż mu się uszy trzęsły i pytał czym to cudo jest
doprawione. No jak to czym? Właśnie tym tajemniczym składnikiem.
sobota, 22 września 2012
niedziela, 16 września 2012
Ocalić od zapomnienia...
Nosiłam
się z tym od dawna, ale nie mogłam się zebrać na odwagę, by spróbować zrobić to
proste danie, nacechowane historią i wspomnieniem mojej Babci Zofii - mistrzyni
prostej, wschodniej kuchni. Zofia z Baru była nie tylko mistrzynią zrobienia
czegoś z niczego, ale przemyciła także do naszego życia osobliwe nazwy dań i
zmodyfikowane słownictwo. Znaliście kiedyś słowa tudzież wyrażenia takie, jak:
„błąd się mnie się czepił”, „didku kostrobaty”, „zamisić” czy „mytka”? Nie wiem
czy jedliście kiedyś piroga, bałambuszki, maczajke, pojdke? Ja miałam to
niesamowite szczęcie, że moje dzieciństwo podzielone było na dwie części
: miejską i wiejską. W miejskiej królowała Babcia Teodora zwana
pieszczotliwie Dorcia – mistrzyni kuchni niemieckiej, zatem bogatej i tłustej,
a w wiejskiej wspominania Zofia, zwana potocznie Zośką, żona majstra – mojego
dziadka Stanisława o białej grzywie. Za każdym razem, gdy oglądam „ Samych
swoich” czy dalszą część trylogii o Kargulach i Pawlakach wspominam Ją i jej
hit kulinarny, czyli właśnie piroga, zwanego tortem ruskim czy kulebiakiem. To
właśnie to cudownie proste danie przygotowałam na sobotni obiad, gdy odwiedziła
mnie moja osobista „przyszywana” córa z wnuczka. Patrzcie, róbcie i cieszcie
się smakiem dzieciństwa.
Przerwa, przerwa i po przerwie...
Wygląda
na to, że zrobiłam sobie dwumiesięczną przerwę, cóż czas widocznie nie jest
moim sprzymierzeńcem. Wiele czynników wpłynęło na moja nieobecność, a związane
było ze zmianami w moim małym życiu, które w sierpniu przypomniało wielką
pardubicką. To tego stopnia, że prawie porzuciłam gotowanie w sensie
traktowania go, jak akt tworzenia i dzielenia się z Wami, a potraktowałam je po
macoszemu tylko, by napełnić żołądek czymkolwiek… czymkolwiek dobrym. Poza tym
lato było czasem grili, ognisk a jego hitem była grillowana cukinia oraz sos
czosnkowy. Pani cukinia brylowała także na przyjęciach pod postacią placków.
Lato było również pracowite pod względem gotowania powiedzmy profesjonalnego i
upłynęło pod banderą szwedzkiej kuchni. Pierwszy raz mogłam się przekonać, że
profesjonalna sesja z gotowaniem, to ciężka praca, a przygotowanie potraw
wymaga prawie laboratoryjnej precyzji, jednak efekt swojego dzieła na zdjęciach
cieszy i napawa dumą. Przede mną przygotowanie do następnej sesji, więc
niedługo znów zanurzę się w szwedzkim klimacie, może nawet w szwedzkim kinie.
Będzie wiec prosto, czasem chłodno i mroczno, ale cała przygoda będzie miała
wbrew pozorom ciepły finał z dobrym, wyszukanym smakiem.
poniedziałek, 9 lipca 2012
Ege szege dre!
Gorące
lato w pełni zarówno w pogodzie jak i na straganach mieniących się kolorowymi
owocami i warzywami. Z przyjemnością z koszykiem wybieram się na
popołudniowe lub sobotnie zakupy na pobliski bazar, by nacieszyć oko i choć
przez chwilę przenieść się do najwspanialszego targu, jaki w życiu widziałam do
La Boqueria w Barcelonie.Tam można dostać przysłowiowego oczopląsu i pomieszania
wszystkich zmysłów. Zapach świeżych warzyw przypomina mi zawsze, że już czas
ugotować leczo lub zmodyfikowaną przez moja Mamę jego wersję czyli bigos z
kabaczka lub cukinii. Pamiętam zapach i smak każdego pierwszego, jaki był
gotowany w gorącej od upału i pary kuchni. Zawsze robiony był pod koniec lipca,
a wszystkie warzywa pochodziły z naszej działki.
Zawsze
ostry, czasem do tego stopnia, że rodowity Węgier by się go nie powstydził i
powiedziałby "Ege szege dre", czyli na zdrowie.
Wam
też życzę na zdrowie, bo ostre przyprawy to sposób na zdrowie, szczególnie w te
upalne dni.
środa, 4 lipca 2012
Tortilla Soup
Co
prawda nie o zupie tu będzie mowa, ale na pewno o tortilli, a dokładanie o
meksykańskich plackach kukurydzianych. Wolałam sprecyzować, ponieważ wyróżniamy
dwa rodzaje tortilli - hiszpańską i meksykańska. Hiszpańska - tortilla
española -to placek, rodzaj omletu z ziemniakami - tortilla de patatas,
który ma różne smakowe oblicza - tortilla catalane, tortilla de
jamón, czy tortilla francesa, która jest po prostu omletem. Jej
meksykańska kuzynka to rodzaj płaskiego, okrągłego placka o średnicy od 6 do 30
cm, z masy lub mąki kukurydzianej albo pszennej, stosowanego, jako pieczywo i
baza do innych potraw. Ale nie o tym to miało być... Miało być o miłość do
Meksyku, jego pustynnego krajobrazu usłanego kaktusami oraz cudownej kuchni,
jaką odkryłam dawno w smaku fasoli w sosie pomidorowym, którą zajadali się
kowboje w amerykańskich westernach. Dozgonną wierność przyrzekłam jej, gdy
zobaczyłam właśnie "Tortilla Soup" film o genialnym
kucharzu meksykańskiego pochodzenia, który traci swój największy dar smak.
Hector Elizondo, jako Martin Naranjo gotuje tak bosko, jakby malował i tworzył
dzieła sztuki. W tym gotowaniu widać pasję, finezję i miłość. Wracam do tego
obrazu dość często, tym bardziej, że można się nauczyć od Martina wiele
patentów kulinarnych.
Z
miłości to tortilli pokażę wam moją skromną wersję, podaną na zimno w sam raz
na gorące lato.
Takie,
jakie jest za każdym razem w mej wymarzonej hacjendzie gdzieś na farmie w El
Paso.
wtorek, 3 lipca 2012
Mangiare, mangiare!
W burzowo deszczowe popołudnie najlepiej zaszyć się w
domowych pieleszach i zanurzyć w filmie, książce lub trochę pofolgować sobie i
ugotować coś dobrego. Z racji tego, że ostatnio swoje wolne popołudnia spędzam
z Tonym Soprano ciągnie mnie dziś do kuchni włoskiej. W ten rodzaj kuchni
przebogatej w tysiące odmian makaronów wciągnęło mnie bezapelacyjnie kino. Gdy
oglądam po raz setny "Ojca Chrzestnego" czy "Chłopców z
ferajny" aż mam ochotę zanurzyć się w pomidorowym sosie i obwinąć metrami
spaghetti wzbogacając je o czosnek, krojony po mistrzowsku żyletką i
przyozdobić świeżą bazylią. Kuchnia włoska jest wbrew pozorom prosta,
przebogata w smaki i złożona ze świeżych produktów najlepiej z własnego ogródka
lub znajomego targu. Wśród niezliczonych odmian makaronów ponad wszystko kocham
penne, które ma ponad 7 rodzajów. Uwielbiam je nie tylko za kształt, ale i za
wdzięczną nazwę, która ma osobliwe tłumaczenie. Na mej patelni penne riggate
otuliło się sosem pomidorowym z czosnkiem, piórkami cebuli i ziołami, niestety
dziś suszonymi, bo czasem nie można mieć wszystkiego.
Jak to mówią
więc Włosi - mangiare, mangiare!
poniedziałek, 2 lipca 2012
Jaja ale jaja :)
Mam
takie wspomnienie z dzieciństwa, które uaktywnia się co jakiś czas i związane
jest nierozerwalnie z jajami :) Są one dla mnie symbolem sobotnich i
niedzielnych śniadań, kiedy podaję je w różnej postaci. Popełniam wtedy omlety,
frittaty, jaja na miękko i twardo oraz jajecznicę na wiele sposobów.
Jako
mały niejadek chciałam jeść tylko jajeczko, najlepiej na miękko, bo jak wiadomo
dzieci nie lubią jaj na twardo. Wynika to pewnie z tego, że zbyt długo gotowane
jaja, jakie podawane były w przedszkolach, na koloniach i obozach miały szaro -
zieloną obwódkę wokół smakowitego żółtka. To co wyjątkowego pamiętam z jaj, a
szczególnie z przedszkolnych śniadań to ponadczasową i jedyną w swoim rodzaju
pastę jajeczną. Moje wspomnienie uaktywniło się kilka lat temu, gdy
postanowiłam ją podać do chleba podczas kolacji. Nie była to byle jaka uczta,
ponieważ wydawałam ją dla osób, którzy pomogli mi, gdy miałam nogę w gipsie. Na
tle różnych dobroci jajeczna pasta królowała na stole i znikała szybko w ustach
gości, a każdy jej kęs kończył się błogim wyrazem na twarzach zjadaczy. Na ich
zadowolonych buziach malowały się wspomnienia podobne jak u mnie - to smak
dzieciństwa.
Ten
sam smak odświeżam sobie od czasu do czasu, a ten nadszedł między innymi
dziś :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)